Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tłustych i korzennych nasycał, same wyziewy alkoholu odurzały, sprawiając niesmak i ckliwość nieznośną. Przytem coraz bardziej wzmagające się hałasy, piski, wstrętny zgiełk, świszczący rechot obmierził mi tę jadłodalinę i zarazem przybytek hulanek — pragnąłem wydostać się stąd corychlej, aby świeższem odetchnąć powietrzem.
Wyszedłem do przedsionka.
Ze zdumieniem zastałem drzwi wchodowe zamknięte i zaryglowane.
Strzegący ich pachołek, któregom grzecznie poprosił, aby mnie wypuścił na ulicę, gestem wskazał fagasa, zagłębionego w poręczowem krześle, zabarykadowanem paru stołami.
Zwróciłem się do pachołka z tą samą prośbą.
— Pokwitowanie — rzekł, wyciągając do mnie rękę.
— Jakież to pokwitowanie? — spytałem zdziwiony.
Nu’s! żeście zapłacili wszystko, co się od was należało w kasie.
— Ależ odemnie nic się nie należało kasie, ja tutaj nic nie jadłem, ani piłem.
— Wszyscy tak powiadają, a przecież każdy tu je i pije...
— Milcz, gburze, nie obrażaj mnie podejrzeniem o złodziejstwo i oszustwo! — krzyknąłem w pasyi najwyższej.