Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jakgdyby miał skrzydła u swoich zgrabnych, suchych nóżek, bardzo rzadko podkowami obciążonych.
— Pyszne zwierzęta! — egzaltował się kapitan Tarasów, kiedy przed oknami przedefilowało sześć, przedziwnie dobranych koni, złotogniadych, o miękkiej, lśniącej sierści, o jedwabistych grzywach, małych łbach i uszkach maleńkich, a wielkich, pełnych ognia oczach.
I temperament koni widocznie był też ognisty, mimo utrudzenia długotrwałym pochodem.
— W Turkiestanie — mówił Tarasów — ardamakom do zwykłej paszy dodają barani łój, który te konie jadają chętnie. Jedyną wadą tych cudownych wierzchowców jest ich cena wysoka. Ach! żeby to człowiek chociaż na rok przed śmiercią mógł stać się posiadaczem takiego konika... cóźby to było za szczęście!
Westchnął, a w trakcie tej rozmowy powrócił Józef Hirszfeld, w towarzystwie kilku mężczyzn, którzy obecnych witali bardzo przyjaźnie i serdecznie, jako dawnych, dobrych i zażyłych znajomych.
Hirszfeld podprowadził ich ku nam i po rosyjsku rzeki:
— Moi przyjaciele, Gruzini.
A na nas wskazał mówiąc:
— Moi bracia, Polacy.
Zaczem wymienił nazwiska Gruzinów i nasze.Młodzieńcy, z którymi zaznajomił nas go-