Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


leona, przedstawiały osoby w tym zakątku świata nieznane, lecz dla wygnańców Polaków było to upajającą rozkoszą patrzeć na te ukochane oblicza!...
Gawęda w tem dobranem kółku snuła się żywo i swobodnie.
Jej podstawą i niezrywającym się wątkiem były opowiadania o huraganach, które nas z Ojczyzny porwały, i aż do tej ziemi wygnania przypędziły, opowieści o naszych osobistych przygodach, o losach innych braci, z którymi łączyły nas niegdyś węzły jednakich celów i wspólnej działalności; o losach tych, z którymi spotykaliśmy się w więzieniach, na etapach, w pochodach.
Zaiste! był to temat i bogaty i niełatwy do wyczerpania!...
Śród takich rozmów nagle w izbie pojawił się jakiś młodzieniec.
Rozglądał się bystro, a, wyszukawszy wzrokiem gospodarza, przywołał go na migi.
Wyszli obadwaj
Niebawem Hirszfeld wrócił zaambarasowany.
— Cóż za kazus niemiły! — rzekł do profesora Żochowskiego, — kiedy mam u siebie tak drogich sercu gości jak wy, zjeżdżają kupcy, z którymi handluje mój chlebodawca. A trzeba wam wiedzieć, moi drodzy, że nasze stosunki handlowe sięgają bardzo daleko, aż Buchary i Kaukazu, a nawet Chin. I wyobraźcie sobie,