Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nieprędko Adam Kłosowski sprowadził doktora Murazowa.
Chmurny, kwaśny jak ocet siedmiu złodziei, przyszedł Eskulap zły, że mu zabawę, w oficerskim klubie przerwano.
Właśnie tego dnia wyjątkowo sprzyjało mu szczęście przy kartach i oto, czort przyniósł tego Polaka z wezwaniem do chorej rodaczki. Pewno to jest żona jakiego „miatieżnika”, albo sama „miatieżniczka”, któraby mogła każdej godziny umrzeć sobie, bez niczyjej szkody — owszem: śmierć każdego „miatieżnika czy też „miatieżniczki“, to przecież oczywista korzyść dla matuszki Rossiei.
W tym sensie niezawodnie musiał rozumować sławetny Murazow, o ile wywnioskowaliśmy z jego obejścia z nami i z jego humoru.
Przecież stał się grzeczny, pogodny, uprzejmy, skoro po wzajemnej wymianie powitań Karol Bogdaszewski, zaraz na wstępie, wcisnął mu w łapę zwitek banknotów.
Przeliczył je bez ceremonii i, uznawszy, że ofiarowana mu sumka o wiele przewyższa zwykłą normę honoraryów lekarskich w Tarze, odrazu z gbura przedzierzgnął się w człowieka uprzejmego i z całą powaga, licującą z powołaniem lekarza, zabrał się do auskultowania chorej.
Oględziny wypadły niepomyślnie.
Murazow uznał stan pacyentki, jako bardzo groźny.