Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kostyumach wyglądamy, niby brygandy, mogłoby się to chore biedactwo przestraszyć.
— Racya! — przytaknęli koledzy.
Bogdaszewski uchylił drzwi ostrożnie.
Wszedł...
Przymknął je za sobą równie ostrożnie.
Zadziwiało nas, że nie słyszymy za temi drzwiami żadnego głosu...
Niebawem Karol wypadł na korytarzyk...
— Chodźcież! chodźcież! na miły Bóg — przyzywał nas skinieniem i głosem bardzo zmienionym.
W izdebce, czyli właściwie, w niskiej mansardzie słabo oświetlonej okrągłem okienkiem, umieszczonem w dachu, na łóżku, zasłanem pościelą wykwintną, spoczywała kobieta.
Była młodą.
Jej długie, jasne warkocze zwieszały się, rozplecionemi i zwichrzonemi końcami dotykając podłogi.
Poprzez lekką, jedwabną kołdrę widać było kontury wysokiej, szczupłej postaci.
Młoda kobieta widocznie była bardzo ciężko chorą.
O silnej gorączce świadczyła jej rozpalona głowa, nieruchomo spoczywająca na poduszkach; jej rozpłomienione oczy, pałająca twarz delikatna i przecudna, jej rozpalone rączki, które na purpurowem tle atlasu, wydawały się, jak rzeźby z alabastru.