Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czemuż nie wezwaliście lekarza? — zapytał Karol.
— Bo nie chciała „barysznia”, nie kazała, A czemu?... to ja nie mogę wiedzieć — odparł Achmetko.
Ociągając się jeszcze, marudząc, biadając nad kłopotami i przykrościami, na które, jako właściciel hotelu, bywa zbyt często narażony, prowadził nas Tatar przez istny labirynt korytarzyków, zakamarków, krętych wschodków, wysokich progów, aż do bocznej przybudówki.
Tu, wyprzedziwszy nas, zatrzymał się przed drzwiczkami w drewnianej ściance i, wskazując na nie, rzeki:
— Tutaj!
Bogdaszewski zapukał lekko...
Zapukał mocniej powtórnie i, po raz trzeci...
Żaden głos, żaden ruch, żaden szelest najlżejszy nie doleciał, z poza tych drzwi zamkniętych.
— Może wyszła? — zapytał Achmetki.
Ów potrząsnął głlową przecząco.
— Nie! powiedziałem wam przecie, ze chora jest, że nie wychodzi wcale, nie podnosi się z posłania.
— Tembardziej musimy ją widzieć. Niema co wahać się, ani namyślać.
— Naturalnie! idź ty, Karolu, na pierwszy ogień — rzekłem, jesteś ubrany jak cywilizowany Europejczyk, my zaś, w naszych katorżniczych