Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzając kły, co miało być objawem wielkiej przychylności wielkiego zadowolenia.
Misza wdrapywał się ciągle na wysoki słup, z którego się zsuwał ze zręcznością zawodowego gimnastyka. Tymczasem Sasza ogryzał kości, których całe sterty leżały pod ścianami i bramą hotelu.
Karol Bogdaszewski rozkazał przywołać gospodarza.
Zapytany o ową damę, która przed paru dniami przyjechała zdaleka i stanęła w petersburskim hotelu — Tatar Achmetko dawał odpowiedzi niejasne, dwuznaczne, bałamutne i wymijające.
Przyczem błyski niepokoju przelatywały po jego ciemnej, płaskiej twarzy, w małych, skośnych oczkach jego zapalały się płowe ogniki, niby w ślepiach dzikiego zwierza.
To wszystko było bardzo podejrzane.
Karol Bogdaszewski powiedział, że owa podróżna jest jego krewną i rodaczką, której przybycia oczekuj oddawna, że widzieć się z nią chce i musi, ze jeśli Achmetko natychmiast nie zaprowadzi nas do tej pani — udamy się do policyi.
Przyparty do muru Achmetko, wreszcie zdecydował się poprowadzić nas w głąb domostwa, mówiąc, że owa podróżna przyjechała już niezdrowa, że stan jej zdrowia pogarszał się ciągle i w tej chwili jest już bardzo chorą.