Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tomasz Korsak od stołu, na którym zastawiał posiłek, własnoręcznie ugotowany, odwrocił się, usłyszawszy szczekanie swego faworyta, a spojrzawszy bystro na mnie zawołał:
— Wyjeżdżasz! Przyszedłeś pożegnać się ze mną!
— Tak! — odrzekłem z cicha, gdyż kurcz bolesny ścisnął mnie za gardło — Świetyłkin pokończył już wszystkie swoje interesa handlowe, jest też już syt zabaw tutejszych i dziś mi powiedział, że jutro wczesnym rankiem wyjeżdżamy, z powrotem do Wielkiego Ucząstku. Wyprosiłem sobie zupełną swobodę na dzień dzisiejszy, aby go z Wami przepędzić, drogi bracie... Ale czy byliście w mieście?... czy o tem już słyszeliscie od kogo, żeście teraz odgadli, poco do was przyszedłem?
— Ani byłem w mieście, ani też nikt mi o projektowanym wyjeżdzie Świetyłkina i twoim nie doniósł, tylko widzisz, kochany, ja w swojem życiu tyle już widziałem pożegnań, tyle rozstań bez nadziei zobaczenia się na tym świecie przebolałem sam... to też za jednym rzutem oka, z twojej twarzy wyczytałem, że twoja bytność pod tym dachem ma być ostatnią.
— O czemuż zaraz ostatnią... może tu jeszcze przyjadę za rok...
— Boże daj! abyś za rok me przyjeżdżał już tutaj... Boże daj! abyś za rok już do Ojczyzny powrócił...