Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kompania Tagancewa wytłoczyła się z nim do przedsionka, a stamtąd przez dom, gdzie na nich już oddawna oczekiwało kilka tarantasów, zaprzężonych w ogniste rysaki...
Wreszcie pojawił się Świetyłkin.
Z wielką moją pociechą mój pryncypał był rozbawiony, ale nie pijany. Śmiał się i rzekl:
— Słychać, że ten nasz „patryarcha tobolski” do dziś dnia fabrykuje pieniądze.
Gospodarz złożył ręce pobożnie.
— Boże mu dopomóż! — westchnął — to bojar...
Silence, monsieur! gromkim głosem swojemu patronowi przerwała ostrożna mademoiselle.
Nakoniec wyszliśmy ze Świetyłkinem.
Ja nad wszystkie opisy znużony całonocnem asystowaniem pohulance w tej francuskiej restauracyi.
Świtało.
Pracowici Chińczycy wstają jednocześnie ze słońcem.
To też zaraz przy wyjściu spotkaliśmy już z Minusińska powracającą arbę.
Skinąłem.
Dżoneriksze, żujący jakiś posiłek, zatrzymał się, uradowany perspektywą zarobku.
Na migi spytałem go, czy chce odwieźć nas do miasta.