Strona:Stefan Napierski - Obrazy z podróży.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


spóźnił się! — To dobrze. — Ale już przedziera się przez krzaki, w kaszkiecie, jak dwurogi faun. — O, uciekajmy!“
Niezabudki rozkwitły chabrowo, kryją się drobne olśnione oczy. Olcha dygoce, nad strumykiem dzikie i cierpkie konwalje; nie puszczasz nas, mostku, i tu siądziemy nad strugą, łoziny pleść, jak w staroświeckiej piosence:

„Siądziemy, prości, dłonią w dłoń
i gwarzyć będziem o przyszłości..“

Aż wygoni nas, zarosłych wonną macierzanką i chmielem u płota, gong, bijący miarowo, jak w skroniach krew. I pójdziemy przez te drzwi, które otworzą się w nigdzie..


IV

Duszo miasta!.. Wstanę z ponad listów, przesypywanych piaskiem, z pomiędzy płonących kandelabrów. Straszy w chłodnej sieni, gdy zstępuję po stopniach stalowych i kruchych. Tam, do szyby, przylgnął jeden listek, deszczem zielony, drobny, jak ciepłe wnętrze zamkniętej dłoni. Przejrzałem najskrytsze tajemnice prostych słów! a tyle pięter przede mną, tyle pięter.. Niematerjalny, jak człowiek ze szkła, szaleniec, nad którym trzepoce czarny sztandar anarchji, wyciągniętym palcem, poomacku, dotykam zimnych tabliczek. O, ża-