Strona:Stefan Napierski - Elegje.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZMOWA Z CIENIEM

W ojczyźnie niewolników, mości Xiążę,
żyć nie przystoi, a umrzeć nie wolno:
nie nadchodź! znamy ów uśmiech ironji
żałosnej, dłoni splecenie, spadanie
bezwolne palców, bezsilne ich zwarcie,
aż się paznokcie w żywe wpiją mięso.
I tę przechadzkę w smętnym wirydarzu
wśród krzewów mrocznych i posągów białych,
patrzących drwiną błogich oczodołów.
zbyt pobłażliwie, bezgłośnie, sądząco —
podrabialiśmy z wieka na wiek: co rok!

Odejdź! nie wciskaj w pięści śmiesznie zwarte
foljałów, w szafir okutych, w żelazo:
nie elzewirów my spragnieni — mocy!
Nie ksiąg, gdzie mądrość czai się uparta,
która nam czaszki przemienia w rzeszoto
dziurawe: płaczą przez nie chmurne nieba
i opadają kroplą rosy w serce,
by tam się mieszać z krwią dyszącą, truć ją.
Dżdżystemi strugi zalepiają wargi,
niezdolne gadać słów, opaską żółci,
jak rtęcią, senne powlekają usta.
Świecimy w noce gwiezdne, puste, srogie,
źrenicą, sypkim szorowaną piachem,
gdzie nie odbija się już nic, prócz hańby;
ziemia w matowem przełamana oku
upiorna jest, jak luna bezcielesna,
i wzywająca pomocy napróżno,
jak duch twojego ojca, mości Xiążę!

Nie każ nam patrzeć, przebiegły artysto.
w sprawy dziejowe, którym nie sprostamy.