Strona:Stefan Napierski - Elegje.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


POKUTA

Spójrz na mury: tu cienie, krające płaszczyzny
Z tynku białego, drgają na skrzydłach wichury:
Ogród jak wzdęty namiot wzlatuje dogóry,
Nad ugór, nad jałowe mokradła ojczyzny.

Konary, z dawnych pędów biegle obłuskane,
Klaskają piszczelami gołemi gałęzi;
W dymnikach zapomnianych głos chrapliwie rzęzi,
Widma rysując palcem naukos przez ścianę.

Cyna ruda, blask sepji, blacha, bury ołów,
Zgęszczają się w przestworach, jak na płótnie suchem.
Wyrwij barwy z blejtramu! A mokrym podmuchem
Padną liście na słomę gnijących chochołów.

Sczerniały krwią krzepnącą dachówki bronzowe.
Fałszowana jest zieleń na płotach, jak strupy
Pod kominami łuszczą się zacieki. Słupy
Skracają horyzonty, jak tułów — o głowę.

Przez nozdrza pcha się pustka, widnokrąg zatruty
Chmurami, nurzanemi w oszronionym blasku;
Trzeszczą w zębach drobiny rozgniatane piasku,
Jakbyś gorzko smakował opłatek pokuty.

W mroku cień nawet niknie, zamiera napoły,
Jak jęk wiatru, co w drewkach trzaskających syczy.
Usiądź; w płomieniach niema nadziemskiej goryczy.
Rozgrzebuj dzieje własne — te zimne popioły.