Strona:Stefan Napierski - Elegje.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PASTORALE

Pozwól, spod chłodnego mroku wyjdźmy, z pałacu,
Nie słuchając blaszanej, co się za nami obraca,
Chorągiewki, nawołującej z niepokojem.
Znów przystajemy u brzegu słonecznego tarasu,
Gdzie zdaleka starodrzew ciemny szumi,
A gałązką wilgotną winograd w okno puka.
Tu: żywopłoty plecione, znad dachów i krzewów dymy.
Jak nad wodą stojącą, w płytkie głębie patrzymy,
I na żółto. obrosłą wdole sadzawkę.
Przez leszczynowe gęstwiny idziemy w dawne szpalery,
W łagodniejącem słońcu bieleją drobne orzechy.
A liście mocno pachnące obwąchuje wyżeł.
Oto rdzawe niechętnie muskamy jeszcze rdesty,
Jakgdyby szarym wieczorem szczęście nie było łatwe,
I coraz szybciej schodzę ku bielejącym czółnom i coraz niżej.
By je odwiązać w przystani. — Jakbym tym razem powracał.