Strona:Stefan Napierski - Elegje.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


WIECZÓR NAD MORZEM

Przez wrzosowiska jasne, przez polany bure,
Cienie biegną, jak obłok, który goni chmurę.
Przechodzę. Zachłyśnięty ciepłym aromatem,
Szarości wypatruję na złoceniu bladem.
Tam sosny przekreślają stromość nieboskłonu,
Czerniejące zawzięcie, i niewiedzieć komu
Grożące! — tu spod dębu, paproci, olszyny,
Wzbija się głos z kryształu, ostry i jedyny.
Jak do wtóru, składają się me śpiewne wargi,
By niebiosa wieczorne, pełne gwiazd i skargi,
Przedrzeźniać. Są jak trzcina dziurawego fletu,
Który każe mi jęczeć, jakbym był poetą.
Ach! hymn pochwalny wznosić, srogi, nieudolny,
I zakląć w krągłą głoskę wszelki żywioł polny,
A nad dłoń, która drzewa wciąż targa nade mną,
Jak grom złocony, miotać moją skargę ciemną.
Która gościńca równość i pochyłe wrzosy,
Żywicy woń zbyt słodką, ociężałe kłosy,
Przyrówna kręgom chłodu, co nad czołem pała —
Aż przebiegnie nas nicość, jak powrotna fala.