Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


POEMAT O SPINOZIE

W patrycjuszowskiej republice nie byłem burmistrzem.
Nie kroczył przede mną po głucho dudniących płytach
halabardnik, gdy zbliżałem się rozważnie, nie przyśpieszając kroku,
do portu, witać odchodzące galary:
ładowne cienkim jedwabiem, skórą wyprawną,
winem dostałem na zboczach dostojnego Renu,
i bursztynem szacownym, równym złotu, przez morze
wytapianym, jak wosk, który z tajemnic Wschodu
wonne, jak róża, przywabiał olejki. Anim wśród straży przejeżdżał,
grodzony od tłocznej gawiedzi, od hardego pospólstwa,
gdy obok kluczy grodu ciężkich jak kiesa, wpół mostu
podawano na klęczkach, na tacy, srebrzyście kowanej,
wespół z solą i chlebem, puhar, pieniący się żwawo

64