Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


perlistym Bachusem. Anim do lochu zstępował,
sądy sprawować, wpatrzony w szalki ślepej
Sprawiedliwości, z mieczem obnażonym w dłoni,
gdy na podwórcu, winem dzikiem obrosłem,
przeraźliwie dźwięczały trombity zwolna wznoszone
do warg nieletnich młodzianków. Anim ciężkich rękawic
z furją nie rzucał na traktat złamany z cesarzem,
gdy blady niepokój oblicza obecnych przemieniał w posągi,
a pieczęć zwisająca wśród świec rozbłysła, jak krew.

Moi przodkowie po nocach, czarniejszych od chust śmiertelnych,
czuwali. Kościstemi palcami, zgarbieni, ze skórą wyschłą na skroniach,
zwolna przekładali karty pergaminów, przejrzyste od starości;
oczami zapadłemi w głębokie oczodoły śledzili znaki Kabały,
koła i straszne trójkąty zodjaku. Rytuałem pradawnym
ze zmarszczką wyniosłej mądrości na wargach bezkrwistych składali dłoń nad czołem,
szepcąc słowa tajemne, szeleszczące jak piachy pustyń,
palonych słońcem bezpłodnem. Obrzucani
kamieniami na rynku, odgrodzonym łańcuchem,