Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ELEGJA

Wieczory długie nie są. Zmierzch przemija,
Niby westchnienie warg, ledwie domkniętych,
Niebawem sennych, mokrych jeszcze; rosa
W niechętną wilgoć skrapla się, zawisa
Na wpół-pochyłej łodydze; kolanku
Kropla ta ciąży, jako piersiom ziemia.
Ta ziemia, z którą zaledwo w pół-zmroku
Sąsiadujemy, mrąc. I gdzie ojczyzna?
Nad łąką, kędy się opar, widzialny
Źrenicy, klucz wiolinu nad nicością,
Wzbija aluzją do milczenia? Gwiazdy
Są jak odpowiedź na niepostawione
Nigdy pytanie, błaha i przedwczesna!
Źrenicy, w siebie zapatrzonej, oku
Posągów, złupionemu przez stulecia,
Podobnej, które szczelnie piasek czasu
Szoruje, aby ujrzały swą pustkę.
Czy łęgi w mrokach srebrne, jak zdmuchnięte
Świece przestrzeni, których knot zwapniały
Kładzie się płasko, by przedrzeźniać? Chmury
Od-dołu naświetlone, jakby przetrwać