Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak pokładem okrętu, po którym stąpasz nieufnie, pielgrzym, szczelnie w płaszcz otulony,
z kapturem na głowę nasuniętym, o skroniach zapadłych,
wypatrujący brzegu;
w tę noc, krzyżującą ostrzone, ciche, zdradliwe pioruny,
jak szpady, mierzące w pierś;
w tę wzniosłą noc, zstępującą z piedestału, z sutych fałd wyplątaną, przemawiającą skąpemi gestami
(jak Norwid, wzywający do wielkości);
w tę skrytą noc, na której pocałunek wystawiasz nagą pierś, że boleśnie
językiem rozdwojonym sięga dna serca;
w tę mozartowsko-płynną noc, gdy zdala nad basenami szlochają nieutulone fontanny;
w tę noc, pełgającą świecznikami kasztanów, które stoją wyprostowane na straży, jak Anioły z obnażonemi mieczami wokół lochu;
w tę noc, płonącą żółtemi gromnicami nade mną, szczęśliwym umarłym;
i cóż i cóż w tę noc
czynisz tam, przyjacielu, szorstki i prosty, w miasteczku, rozrzuconem nad Narwią,
czy i ku tobie przechyla się gałąź bzu?

Ach! bo w tę noc
wycieka ze mnie poezja,
jak z rozdartych żył,
zielona elegijna krew,