Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KOSZ DO PAPIERÓW

Cierpliwy, w który sypią się okruchy lat, okrągły, brunatny, spokojny, — na dno jego opada czas, tam, raz jeszcze, nagromadza się wszystko, wszystko, co mogło być. Nie naprasza się, smagły i pokorny niewolnik, jakby klęczał, gotów do usług; rozdziawia wargi, niewidoczny w mroku, podobny psu, który kładzie łapy na kant stołu. On jeden, wpółprzegięty, u samego blatu, tem, że istnieje — czyżby istniał? — potwierdza ciebie, samotnego: ukazuje, żeś najwidoczniej przetrwał i ty, kiedy czuwa on, przysięgły świadek minionego, nieruchomy posąg przeszłości. Rzuca cień nikły, a uchwytny; nieodwołalny, kiedy płonie lampa, a w smugach masz uśpioną czuwaniem twarz, i każe wierzyć, że żyłeś. Molestuje, że jest coś pewniejszego od śmierci, trwalszego od szaleństw miłości, piękniejszego od głuchych i zdradliwych instrumentów, do których niewidzialnie przykładałeś palce, bardziej zielonego od skrytej winorośli, pnącej się ku okiennicom (uderza w nie wiatr, tedy są). Podszeptuje o srebrzystych pagórkach, mijających