Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przed oczami wzdłuż szarej, roześmianej, szeroko rozlanej, szmerem pian obłąkanej rzeki, o przedpołudniach lata, których usypiająca muzyka w brzęku lęgnących się owadów odwodzi od myśli ostatecznych; sepleni o lwach i aniołach z porfiru na lśniąco-gładkich portalach, łamiących światło czernią wypukłych przegięć; o płaskie płyty rozbija się blask na tafle koloru blachy, pluszcze w nie bury nurt. Nuci o radosnej i olbrzymiej męce ucieleśniania, o posągach, stąpających sennie, gdy kości rozprostowują, że trzeszczą stawy, pękają marmurowe włókna, nad oczodołami z ołowiu opadaż kosmyk barwy i woni jodu lub złocony listek akantu? o metalicznej torturze, o mistrzostwie w sztuce: masce, odpowiednio uchylonej. O tem, iż zestawiając wyrazy, pocieszasz się jałowo, jak bezpotomny Teodoryk; wznosisz rękami, mocnemi w przegubie, słabnącemi w chrząstkach, piramidę, która rozwala horyzont ponad gniewnem morzem; stawiasz słowa, jakbyś oglądał sine smugi śniegu na czerwonej pochyłości dachówki i między latarniami, jak żółte słoneczniki o wczesnym zmierzchu z akwareli, nakrapiane bielą grudy czarnoziemu. To także przypomina natrętnie, jakeś to chodził po mieście Brugge, między gotyckim ratuszem a fontanną (znudziło się jej łkać pod księżycem i lepiej szlochać, niż carillony) — i oglądałeś dla kogo? Kogóż ci zastępuje? pewnie Boga; teraz już mu ufasz; nie potrafisz rozstać się z nim, ciemnym druhem