Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zwieszonym na trapezie twarzą z kredy
zawisać ponad otchłanią, zastygnąć
wargą otwartą krągło w niemym wrzasku!
Nic szczęścia nie zastąpi; śmierć nam kłamie,
kiedy na linie w cieniutkich ciżemkach
za nami stąpa drobnemi krokami,
niechętnie smyczkiem żonglująca skrzypiec
nieistniejących! — Wdole koń przebiega
uczony, stawia kroki, jakby tańczył:
a my płyniemy z uśmiechem uśpienia
pod jupiterów blask, w zenit harmonji,
na elizejskich polach asfodele
zrywać garściami, drzemać nad strumykiem,
palce zanurzać w wodę i wybierać
z przeźroczej kruche muszelki. — Tak runąć:
o! ty nam jedna poddasz ton, miłości,
szminkę łagodnie zetrzesz z warg i zrównasz
policzków biel niewinną z marmurowym
chłodem oblicza, co nas wskrzesza, Muzo.

Czesławowi Miłoszowi