Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PARADA

Nic nie zastąpi szczęścia. — Ta piszczałka,
do której palce przykłada ziębnące,
razporaz, prędko, sinemi przebiera,
jakby światłocień narzucając zmierzchu
— słońce i potem mrok i znowu odblask: —
otwory tak rozwiera i przesłania,
jakgdyby tonął w naiwnej muzyce,
i, młody pływak, nad zieloną pianę
raptem wychynął, wskos kładł się na fali,
tam, u zenitu płynnego, — a nagle
padał w zwierciadło, w rozbryzgi nicości!
Nie ona! która wzywa ciżbę przedmieść,
na tamtym brzegu stłoczoną ciekawie,
jak nad topielcem, co nurkuje w lustrze;
nie wiatr z wieczora, rozszeptany w liściach,
melodja pusta przestworu, co szarpie
wydęte płachty wędrownego cyrku,
jakgdyby pragnąc wyrwać płótno z kołków
i unieść namiot ku planecie Venus;
nie gwiazdy, które spomiędzy gałęzi
wierzbowych ciekną przez szczeliny w oczy
i przyzywają dokąd? — Wreszcie usnąć!