Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w nieuchwytnych, wciąż zmieniających się linjach. Mimowoli nasunęło się szczególne porównanie.
— Kamo! Wyglądasz w tej chwili jak prześliczna, złota jaszczurka, wygrzewające się w skwarze słońca.
Porwała się z sofy jak pod razem bicza; w cudnych, aksamitnych oczach zapełgotały żagwie gniewu:
— Jak śmiesz?!
— Ależ, Kamo, czy cię to obraża? Przyszło mi tak do głowy ni stąd, ni zowąd.
— Nie lubię podobnych porównań — odpowiedziała cierpko, wracając do poprzedniej pozycji.
— Przepraszam cię, Kamo.
Przyciągnęła mię niemym ruchem ramion ku sobie. Uczułem zawrót głowy i dreszcz rozkoszy. Gdzieś, w wizyjnej oddali wyłoniła się twarz Halszki w męce błękitnych oczu — lecz zasłonił ją zaraz purpurowy płaszcz namiętności. W uściskach moich pieściłem młode, pachnące ciało, rozszalałe wargi moje piły słodycz dziewiczych, stromych piersi, a ręce zanurzały się w miedziany bugaj jej włosów, przesuwając przez palce sypkie, bezcenne ich złoto...
Wtem usta moje, błądzące po jej biodrach, natrafiły na przeszkodę: szeroka, czarna szarfa zakrywała część ciała między lewą pachwiną a żebrem.
— Zrzuć tę przepaskę, Kamo! Niechaj nie pozostanie ani jedna cząsteczka twego ciała, którejby się nie dotknęły wargi moje!
Przycisnęła mocno dłonią szarfę i rzekła stanowczo:
— Nie wolno.