Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dlaczego?
Zaśmiała się przekornie:
— Nie należy być zbyt ciekawym. Może kiedyś, później, gdy się z sobą bardziej zżyjemy, wszystko ci wytłumaczę. Zresztą czy ci tak bardzo na tem zależy? Czyż mnie i tak całej nie posiadasz?
I zaczęła wodzić ręką po mej piersi.
— Masz skórę delikatną i białą jak u młodej dziewczyny. Czy zmywasz się czasem mlekiem?
— Co za przypuszczenie! To trochę za kosztowny kosmetyk.
Nie odpowiedziała. Tylko oddech jej stał się szybszym i piersi zaczęły silnie falować. Czułem, jak dłoń jej spływa po mem ciele coraz niżej, jak jej białe, wąskie palce sycą się czarem dotknięcia.
— Kamo! — zawołałem w pewnej chwili — Przy tobie można oszaleć z rozkoszy!
Czas płynął. Koło 7-mej wieczorem, gdy pokój rozświetliły blaski ośmioramiennego pająka, oboje byliśmy wyczerpani pieszczotą. Więc oparłszy się plecyma o kobierzec nad sofą i splótłszy się za ręce, patrzyliśmy na siebie przez mgłę upojenia.
— Co to za medaljon? — zapytała nagle, sięgając ręką ku mej szyi.
— Pamiątka — odparłem niechętnie, otrząsając się z miłosnego odrętwienia.
Położyła go sobie na dłoni i otworzyła wieczko.
— Zostaw to, Kamo, proszę cię.
— A! Włosy! Jasno-popielate włosy!
Wyrwałem jej z rąk przedmiot.
— Tak ci drogie? — zapytała z przekąsem. — To pewnie jej włosy, co? Tej pięknej panny, z którą byłeś na maskaradzie?