Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ależ to willa Wierusza! — uświadomiłem sobie, jakby budząc się z ciężkiego uśpienia — Może to jego kochanka?
Ogarnęła mię wesołość.
— Kama Bronicz kochanką Andrzeja! Cha, cha, cha! Kapitalny pomysł!
Lecz mimo wszystko bilet wskazywał ten adres.
— Dlaczego on kryje się z tem przede mną? Byłem przecież u niego już tyle razy i nigdy mi o tem nic nie wspominał. Przeciwnie, zdaje się być dla niej wrogo usposobionym.
Uczułem coś w rodzaju niechęci do przyjaciela.
— Siwy Don Juan! — mruknąłem przez zęby — Stary hipokryta!
Stanąłem przed willą.
— Nr. 6 — odczytałem półgłosem na tabliczce bramy — Nr. 6. No, tak — to przecież tutaj. Niema cienia wątpliwości...
Drzwi w siatce były uchylone. Wszedłem na ścieżkę ogrodową... Wyłoniło się pytanie:
— Co teraz? Dokąd zwrócić się? Jeśli pójdę przez werandę, spotkam się oko w oko z nim, jeśli wejściem z tyłu, natychmiast zawiadomi go sługa. Wogóle, gdzie właściwie ona mieszka? Rozkład domu i ubikacyj znam przecież na wylot. Miałżeby istnieć jeszcze jakiś zamaskowany zręcznie pokój, o którym dotychczas nic nie wiedziałem? A w takim razie kto mnie tam zaprowadzi?
Wszedłem do sieni wejściem tylnem i nagle zdumiony zatrzymałem się w progu.
Przede mną rozciągał się w półmrocznej amfiladzie kolumn koryncki krużganek.