Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Milcząc, spuściłem łódkę z łańcucha. W pół godziny potem wstępowaliśmy na stopnie tarasu, na którym oczekiwali nas już zaniepokojeni trochę naszą długą nieobecnością starzy Grodzieńscy.
W czasie podwieczorku mówiliśmy mało. Halszka była zamyślona i smutna, ja dziwnie podniecony i nieswój. Co chwila spoglądałem na zegarek, zdenerwowany posuwaniem się wskazówek, jakby szybszem niż zwyczajnie. Koło piątej, nie mogąc przezwyciężyć wewnętrznego przymusu, wstałem w ciągu rozmowy i pożegnałem się.
— Pan odchodzi dziś tak wcześnie? — zapytała pani Grodzieńska, patrząc na Halszkę, w której twarzy wyczytałem niemy wyrzut.
— Muszę — tłumaczyłem się niezgrabnie — Mam posiedzenie w Związku o wpół do szóstej, a stąd do lokalu dość daleko.
W przedsionku Halszka chwyciła mię za rękę, przyciskając ją mocno do serca:
— Jur — błagała głosem drżącym, przez łzy — nie odchódź ode mnie w tej chwili! Tylko nie teraz! Mam jakieś złe przeczucia.
— Nie mogę. Muszę tam być dzisiaj koniecznie. Jutro będę u was znowu. Nie bądźże dzieckiem, Halko!
I szybko zbiegłem po schodach. Nieubłagana wola kierowała mnie w stronę Parkowej. Wskoczyłem do przejeżdżającego tramwaju i po kwadransie znalazłem się u wylotu znanej mi dobrze ulicy. Teraz szedłem, powoli, umyślnie zwolniwszy kroku, by się wewnętrznie opanować.
— Numer 6! — powtarzałem w myśli, jakby w obawie, żeby nie zapomnieć — Numer 6!