Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagle ramię jej dotychczas bezwładnie opuszczone wzdłuż ciała poruszyło się; prześliczne rzęsy zadrgały nerwowo parę razy i podniosła powieki.
— Zasnęłam? — zapytała, rumieniąc się jak jutrzenka.
— Na krótką chwilę — odpowiedziałem, pieszcząc pukle jej włosów na skroni — Tylko na bardzo krótką chwilkę.
— Miałam taki dziwny sen...
— Musiał być chyba przyjemny, bo przed samem przebudzeniem uśmiechnęłaś się.
— Nie wiem, jak go sobie tłumaczyć... Szłam jakąś łąką, pełną czerwonych maków, szłam powoli, to strącając parasolką purpurowe głowy kwiatów, to biorąc je do bukietu przy piersi... Na mur, który otaczał łąkę, padał cień mój głęboki i soczysty, bo było południe... W pewnej chwili ujrzałam naprzeciw siebie postać siostry zakonnej. Szła ku mnie. Twarz posępnie słodką pochyliła ku ziemi, w palcach przesuwała korale różańca. Stanąwszy przy mnie, podniosła ciemne, przejmujące do głębi oczy i, ujmując mię pod ramię, rzekła cicho:
— Nareszcie przyszłaś. Czekałem na ciebie dość długo, siostro. Pójdź ze mną! Będzie nam dobrze z sobą.
I zawróciwszy mię z drogi, poprowadziła w stronę wprost przeciwną tej, którą iść zamierzałam. Przed nami w perspektywie słonecznej dali zarysował się średniowieczny klasztor... Obudziłam się...
— Szczególne!...
— Tak mi czegoś smutno, Jur — poskarżyła się.