Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ciekawy sen!
— Obrzydliwy! Odtrącam rękami natrętny, pstrokaty łeb, bronię ciała mego od jej dotknięcia. Brrr... oślizgła jest i mokra...
— Co dalej?
— Dalej? A no nic. Tak schodzi mi noc. Czasem męczy mnie ta zmora godzinami.
— Otóż widzisz, Jastroń — mógłbym cię od niej uwolnić.
— Od tej jaszczurzycy?
— Tak. Miałbyś odtąd spokojne noce. Musisz tylko spełnić jeden warunek; przyszedłem tu właśnie poto, by ci zrobić pewną propozycję...
Zanim zdołałem dokończyć, rozległ się w pobliżu przeraźliwy huk i wśród kłębów dymu wtargnęły do wnętrza czerwone kędziory ognia. W jednej chwili izba napełniła się duszącym swędem spalenizny. Gęsty dym zaciągnął wszystko brudnoszarą płachtą, poza którą znikł mi z oczu Jastroń i otoczenie. Po rękach i twarzy lizały mię jęzory żywiołu, w piersiach i gardle czułem nieznośną suchość i zgagę. Rozpalona rękojeść browninga piekła mię w dłoń i palce. Więc wypuściłem z ręki broń, która padając, wystrzeliła. Zaczęło tlić się na mnie ubranie...
Naoślep, dusząc się od dymu i swędu, dopadłem okna i wybiwszy pięścią szybę, wyskoczyłem na zewnątrz. W tym momencie doszedł mię złowrogi trzask przepalonych belek pułapu...
Świeży powiew nocnego wiatru przywrócił mi gasnącą przytomność. Odetchnąłem i obejrzałem się na płonącą ruderę. Wtedy z nieopisanem zdumieniem spostrzegłem, że pożar ustał. Przede mną