Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


porą czasem noc całą człek oka nie zmruży przy robocie.
— No tak. Zostawmy to... A czy od czasu tej przygody na moście nie przytrafiło ci się ani razu coś podobnego do tego, co ci się zdarzyło przed dwoma laty?
— Nie wiem, o co panu właściwie idzie.
— Czy ani razu nie zdawało ci się w ciągu ubiegłego miesiąca po przebudzeniu ze snu, że wędrowałeś gdzieś w obcych stronach?
Pochylił czoło z namysłem.
— Aha — odrzekł po chwili — o to chodzi... Nie... nie — ani razu.
— A może zauważyłeś coś niezwykłego w czasie snu?
— Hm... Niby pyta mnie Pan o moje sny, co?
— Tak. Może pamiętasz jakiś obraz, zdarzenie, czyjąś twarz?
— We śnie?
— No tak. Może coś ci się w nim ciągle powtarza?
Przez oczy Jastronia przesunął się cień niepokoju.
— Skąd pan to wszystko może wiedzieć? — zapytał szczerze zdumiony — Mówi pan tak, jak gdyby pan we mnie siedział... W samej rzeczy prześladuje mnie we śnie noc w noc od kilku tygodni ten sam zwid.
— Jaki?
— Śni mi się duża, żółta jaszczurka w czarne centki. Wyłazi z nory jakiejś zapadłej piwnicy, przypełza ku mnie i pcha mi się do ust. Brr...