Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

czernił się znowu martwy i głuchy kontur domu; dym i płomienie wsiąkły gdzieś bez śladu. Zajrzałem przez wybitą szybę w głąb trzeciej izby. Było ciemno tam wewnątrz, choć oko wykol; najlżeszy szmer nie przerywał ciszy. Więc obszedłem zagrodę wokoło, by po raz drugi wejść ze światłem do środka. Lecz nie znalazłem teraz już nikogo. Jastroń zniknął. Tylko na podłodze leżał mój wystrzelony browning i niedogarek mego papierosa.
Podniosłem broń i, obejrzawszy naboje, schowałem do kieszeni.
— Wymknął mi się powtórnie — mruknąłem, zawracając zły i zbity z tropu ku wyjściu.
Już na progu odwróciłam się raz jeszcze, by po raz ostatni obrzucić spojrzeniem to miejsce przeklęte i ten dom. Światło mej latarki padło na trójkątny przyczółek dachu i oświetliło jego godło. Brzmiało charakterystycznie: „Gospoda pod miętusem.“ — Budynek był szczątkiem dawnej rybackiej austerji...