Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kich. Przeszukaliśmy parę razy z Wieruszem wszystkie zakamarki nad rzeką, zwiedziliśmy ponownie podziemia Durczy wzdłuż i wszerz, zaglądnęliśmy do kilku podejrzanych spelunek odwiedzanych przez rybitwów — wszystko napróżno. Jastroń sczezł bez śladu.
Wprawdzie kilkakrotnie wśród rozmów i pogawędek, którym przysłuchiwaliśmy się pilnie w tych gospodach, obiło się nam o uszy jego imię, lecz nie udało się wyłowić żadnych bliższych szczegółów co do jego osoby; solidarni „koledzy“ odnosili się do obcych „panów“ nieufnie i zachowywali znamienną dyskrecję...
Tymczasem upłynął miesiąc wilegjatury Halszki. Wróciła z Bolestraszyc piękniejsza jeszcze niż zwykle i mocno za mną stęskniona. Na matowych jej policzkach zakwitł znów cudowny blado-różowy zwiastun zdrowia, przeczysty lazur oczu pogłębił się i nabrał blasku. Uroda mojej dziewczyny zwracała powszechną uwagę, gdziekolwiek się pojawiła. Byłem dumny i szczęśliwy. Zazdroszczono mi jej i czułem, że słusznie.
Tak minęło parę miesięcy pogodnych i słonecznych jak dni lata. O Kamie słych zaginął. Od chwili „przebudzenia się“ Jastronia nie dawała o sobie znaku życia. Ustały nagle te namiętne billets doux, urwała się cała ta szalona korespondencja, pełna wybuchów namiętności, gwałtowna, despotyczna w swej miłosnej tyranji.
Lecz Andrzej niedowierzał.
— Dopóki nie zdobędziemy absolutnej i trwałej władzy nad Jastroniem, wszystko może powrócić i to ze zdwojoną siłą — odpowiadał nieraz ze smu-