Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

mierzonego czynu. Dlatego pierwszą myślą jego po przebudzeniu się, która jak pęd żywiołowy wypchnęła go z mroków podziemia na świat, była nieodparta konieczność realizacji. Więc wypadł i zamordował pierwszego spotkanego na moście człowieka.
— Więc baron miał poniekąd rację, przychodząc do ciebie ze słowem przebaczenia?
— Niestety tak. W niewytłumaczony sposób przeczuł, że ja właśnie będę sprawcą jego śmierci. Gdybym nie był powołał Jastronia do życia, tamten nie byłby zginął.
— Co za zagadkowy splot wydarzeń!
— Tak, tak — powtórzył smutno — to ja wypuściłem nań z podziemnej pieczary tego człowieka i dlatego nie mogę teraz świadczyć przeciw niemu.
— Masz słuszność...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ostatecznie jednak straciliśmy z oczu mordercę, który zapadł się jak pod ziemię. Mimo gorliwych poszukiwań nigdzie nie można go było wytropić. Identyczność jego z Jastroniem nie ulegała już dla nas najmniejszej wątpliwości. Wkrótce bowiem po tragicznem zajściu na moście św. Florjana rozeszła się pomiędzy nadrzecznymi rybakami pogłoska o „powrocie“ Jastronia „z dalekiej wyprawy.“ Przekonałem się o tem pośrednio, przechodząc raz koło jego szatra nad Druczą. Drzwi budy były tym razem otwarte naoścież, a stos sieci w kącie pod ścianą zniknął bez śladu. Widocznie tajemniczy właściciel „letniska“ wpadł tu na chwil parę, odbił swe mieszkanie i, zabrawszy przybory rybackie, skwapliwie usunął się z przed oczu ludz-