Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


po wysłuchaniu wyjaśnień Stachy. — Twarz tego pana obserwowałem bacznie, gdy do ciebie mówił, lecz w niczem nie przypominał mi twego męża.
— Masz rację; w chwili, gdy usłyszałam dźwięk jego głosu, złudzenie prysło. Wiesz, mam wrażenie, że w twarzy jego zaszła w owej chwili momentalna przemiana, podobna do tej, o jakiej mi wspominałeś miesąc temu — pamiętasz? — wtedy na korytarzu?
— Być może. W każdym razie dość dziwne powtórzenie. Lecz zdaje mi się — nie był to ten sam osobnik, w którym przywidział nam się twój mąż po raz pierwszy.
— O, nie! Napewno nie. Tamten był znacznie wyższy. Zresztą twarze obu po zajściu metamorfozy były zupełnie różne.
— Tak, tak — tem dziwniejsza. To byli dwaj całkiem różni ludzie, którzy zapewne nic o sobie nie wiedzą. Hm... szczególne, szczególne...
Pan Kazimierz zamyślił się. Mimo wybuchów wesołości Stachy, nie mógł dnia tego opanować uporczywej zadumy, która wciąż przychodziła nań w ciągu rozmowy...