Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Od ostatniego zajścia upłynęły trzy tygodnie. Horyzont miłości wypogodził się i nastało złote, nagrzane słońcem południe. W któryś piękny, sierpniowy wieczór wracali znowu razem do Czerska. Stasia była dnia tego czulszą jeszcze i bardziej oddaną, niż zwykle. Jakiś głęboki liryzm drgał w jej namiętnych słowach i wił się motywem przewodnim poprzez miłosne pieszczoty...
Na pożegnanie wręczyła mu swoją gabinetowa fotografję, zdjętą przed paru dniami.
— Umyślnie ubrałam się w tę czarną, dżetową suknię, w której tak mnie lubisz. Wyglądam w niej trochę po staroświecku, lecz, że tak sobie życzyłeś...
Zamknął jej usta pocałunkiem.
— Dziękuję ci, Stacha, ty cudna, ty jedyna, ty moja pani nieporównana!...
W parę minut potem wysiadała już z pociągu. Na stacji, jak zwykle, czekał już mąż. Ukryty za ścianą wagonu, śledził Zabrzeski zazdrosnem okiem ich powitanie. Łuniński pocałował żonę w czoło, lecz zamiast podać jej ramię i odprowadzić do domu, wyjął z kieszeni jakiś papier i, wskazując ręką w stronę Tulczyna, coś jej żywo tłumaczył. Na twarzy