Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Grześ zerwał się i ukląkł przy otomanie, ujmując w obie dłonie twarz szlochającej dziewczyny:
— Wisieńko! Wichunek! Najdroższa, najmilsza! Boli? Co? Bardzo? Wisieńko, nie gniewaj się na mnie!
Usiadła, poprawiając rozrzuconą sukienkę. — Trochę — uśmiechnęła się przez łzy. — Lecz już dobrze. Mój Grześ!
Przycisnęła mu głowę do piersi.
— Mój złoty, najmilszy chłopiec!
Położył jej głowę na kolanach i patrzył długo, przeciągle w oczy. Nagle odsunęła się i blednąc, zaczęła nadsłuchiwać.
— Słyszysz? — wyszeptała, trzęsąc się cała. — Słyszysz?
— Co takiego?
— Jezus! Marja! — krzyknęła, rzucając się ku wyjściu. — Otwieraj czemprędzej drzwi! To głos mamy! Woła mnie! Nie słyszysz?!
Usłyszał. Z dołu dochodziło wyraźne wołanie:
— Wisiu! Wisiu!
Drżącemi rękoma chwycili wspólnie za haki i odwalili drzwi. Grześ zeszedł pierwszy parę stopni w dół, przytrzymując zapadnię ponad ich głowami; za nim chwiejąc się na nogach,