Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Chodź — odpowiedział, łagodnie kierując ją w głąb strychu.
— Dokąd? — zapytała jak we śnie, poddając się jego woli.
— Tam w kąt pomiędzy te dwie belki. W tem zaciszu odkryłem starą, zapomnianą otomanę. Bardzo wygodna. Wszystkie sprężyny w porządku.
Mówili cicho z namiętnym cynizmem wyrazy pieszczoty, przerywane dreszczem wzrastającej lubieży.
Usiedli na otomanie. Powoli wśród orgji pocałunków przechylił ją ku wezgłowiu i zaczął pieścić jej kolana.
Nie broniła się. Podłożyła ramię pod głowę i z przymkniętemi oczyma poddawała się szałowi jego rąk. Ciszę upojenia przerywały od czasu do czasu słowa krótkie, dziecinne, pytania zbędne, bezcelowo śmieszne — stłumiony bełkot ściśniętych krtani:
— Chcesz? Wicha?... Chcesz?... Czujesz...
Nagle przygarnęła go ku sobie, oplatując ruchem nóg. Czerwona mgła przysłoniła oczy. Na strychu rozległ się krótki, bolesny krzyk, potem drugi, trzeci... i ciche, długie łkanie...