Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Et, głupstwo. Nie warto zwracać na to uwagi.
Wygiął się w kabłąk i z wysiłkiem wstrzymując impet spadania, spuścił drzwi ostrożnie w pierwotne położenie.
— Teraz jesteśmy u siebie — odwrócił się ku niej z dziwnym błyskiem w oczach. — Wicha! Wicha moja!
Wtulił się w nią, obejmując ramieniem jej gibką, dziewiczo rozwiniętą kibić.
— Mój Grześ, mój jasny, słodki chłopiec! — szeptała przez rozchylone płatki warg.
I tak stali w milczeniu przez długą rozkoszną chwilę. Promienie popołudniowego żaru przepuszczone przez szpary w dachu oblewały ich wąskiemi strużkami, grając gorącą barwą na czerwonej bluzie dziewczyny. Ciężkie, śniade kłęby kurzu wzbite ruchem stóp wznosiły się w górę i pyliły mirjadami atomów w smugach światła.
Wyjrzeli przez jedno z okien strychu na świat. W dole pod nimi rozciągało się morze dachów, przyczółków, kopuł i wież — szumiało niedzielnym gwarem miasto.
— Ładnie — mówiła półgłosem, skłaniając mu główkę na ramię.