Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


obsunęła się niemal w brzeg otworu dziewczyna. W sieni pod ich nogami odezwały się kroki lekkie, kobiece, zaszeleściła suknia. Chłopak pochylił się ku czeluści korytarza i wypatrywał ciemność.
— Wisiu! Gdzie jesteś?! Wisiu! — rozległ się w dole głos matki.
Wyciągnięta w górę ręka Grzesia zadrgała konwulsyjnie i puściła nieopatrznie zapadnię. Uczuł nad sobą pęd nagle spadających; lecz nie usłyszał uderzenia o krawędź podłogi.
— Wisiu! Wisiu! — wołał głos z dołu, lecz już jakby oddalając się.
Zaczął nerwowo macać rękoma wkoło siebie.
— Wisiu! — szeptał. — Podaj mi rękę. Gdzie jesteś?
— Dziewczyna milczała.
— Wisiu! Co tobie?
Dotknął ręką jej kolan, które zdawały się klęczeć na jednym ze stopni ponad nim. Podszedł w górę i zaczął wodzić ręką wzdłuż jej ciała, sądząc, że straciła przytomność; doszedł do szyi, posunął dłoń wyżej i natrafił na deskę zapadni. Okropna myśl zaświtała w mózgu... Gwałtownym ruchem ramion podważył drzwi i pchnął w górę...