Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słodkie, mocne usta! I tak ślicznie na nią zawsze patrzy, tak głęboko, głęboko w oczy, że Wisi aż oddech zapiera i robi się jakoś dziwnie, bardzo dziwnie... Mój Grześ najdroższy! Milszy nad mamę, nad ojca, nad wszystko w świecie! Jak on ją zawsze całuje, jak tuli, jak pieści..
Poznali się rok temu na ganku. Ona czytała jak zwykle w swoim kąciku, on wyszedł również z książką i oparł się na balustradzie o parę kroków od niej. Nie mówili wtedy jeszcze nic do siebie; tylko on patrzył na nią bez przerwy, a na pożegnanie ukłonił się. Odtąd widywali się codziennie o tej samej porze i rozmawiali półgłosem o rozmaitych rzeczach.
Wtedy jeszcze jej nie całował: wstydzili się. Na ganku mógł ktoś z okien zobaczyć. W parę miesięcy później pocałował ją. Wisię ogarnia zawsze płomień na wspomnienie tego pierwszego pocałunku. Pamięta dokładnie wszystko, jak było. Grześ stanął jak zwykle koło jej zakątka i po paru wstępnych słowach szepnął stłumionym głosem:
— Chodź ze mną na korytarz.
— Nie można. A gdy spostrzegą? — broniła się słabo.