Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie spostrzegą — uspokajał ją. — Ja odejdę pierwszy, niby do siebie i tam zaczekam. Ty posiedziesz tutaj jeszcze przez chwilę a potem pójdziesz za mną. Nikt nie zauważy. Zabawimy tylko małą chwilkę, tylko bardzo krótką chwilkę — dodał, patrząc jej błagalnie w oczy. — Wisieńko, nie odmawiaj!
I Wisia poszła. Poszła w ten długi, ciemny korytarz bez końcą, który ją zawsze przejmuje dziwnym lękiem, ilekroć spojrzy w jego ponurą, mroczną głąb.
Tam ją po raz pierwszy pocałował. Pamięta, jak omal nie zdradziła się okrzykiem przestrachu, gdy znienacka pochwycił ją w mroku i przygarnął do siebie. Straszne to było, ale i słodkie zarazem. Nikt ich nie spostrzegł, bo zaraz rozeszli się do swych pomieszkań.
Odtąd codziennie spotykali się na kilka chwil w czarnej szyi. Dla Wisi były to momenty dziwne i tajemnicze. Nieokreślony strach przed miejscem i poczucie czegoś niedozwolonego zlewały się z czarem dziewczęcych pragnień w jakiś cudowny, jedyny splot uczuć rozkołysujący bolesnem upojeniem całą istotę rozbudzonej dziewczyny. Drzemiący nurt krwi wstrząsał coraz silniejszym dreszczem jej