Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cił wzgardzony podarek na bruk. Brzęk szkła na tle ciszy północy utrwalił mu się na zawsze w pamięci...
W parę dni potem przyszedł pierwszy sen. Był jakby marzennem powtórzeniem chwil dawno ubiegłych, senną projekcją tęsknoty za tem, co minęło.
Śniła się mała, przytulna salka jadłodajni przy ul. Florjańskiej, gdzie po raz pierwszy ujrzeli się ze Stachą. Gwar głosów, stłumione śmiechy kobiet, dźwięk zmienianych talerzy. Henryk podnosi w jakiejś chwili oczy na swoje vis-à-vis i spostrzega jasnowłosą, niebieskooką pannę przypatrującą mu się z zajęciem. Bukiecik fiołków przypięty do bujnej piersi zdaje się poruszać w harmonijnym rytmie falującego łona. Jest oczarowany. Nieodparcie kształtuje się ważkie, o życiu całem rozstrzygające postanowienie:
— Ta, albo żadna.
Do stołu podchodzi starszy pan i wita się serdecznie z piękną dziewczyną. Łuniński doznaje lekkiego niepokoju; ogarnia go coś niby uczucie zazdrości. Lecz po pierwszych słowach, które ze sobą zamienili, cienie pierzchają. To krewni. Sympatyczny starszy pan jest jej wu-