Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyjmowała od pewnego czasu jego pieszczoty, ów dojmujący chłód, którym wiało od całej jej uwielbianej a tak dalekiej mu postaci...
A potem przyszły te wyjazdy, te ustawiczne, prawie niczem nieuzasadnione ekskursje i wycieczki do Rudawy rzekomo dla dopilnowania gospodarki na folwarku. Trudno było nawet oponować. Gdy parę razy usiłował wytłumaczyć jej ich zbędność i zaręczał o uczciwości dzierżawcy, ściągała niecierpliwie brwi i zbywała go oschłem pytaniem:
— Cóż to — chcesz mi ograniczyć swobodę ruchów?
Stacha umiała być absolutną.
Wtedy to zapewne podczas jednej z tych wycieczek poznała tamtego. Czem jej zaimponował?... Inteligencją, polotem?... Z informacyj zdobytych już po zgonie rywala dowiedział się, że Zabrzeski był człowiekiem majętnym, niezależnym, trochę Don Juanem, trochę sportsmanem.
Czyżby ujął ją przedsiębiorczością i zuchwalstwem erotycznego snoba? Może miał więcej od niego temperamentu, był bardziej pomysłowy w pieszczotach, ognistszy?...