Strona:Stefan Grabiński - Demon ruchu.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A to senzacye! Jest niby dzień, bo jasno, lecz słońca nie widać, a mgły niema.
Płyniemy jakby w przestworzu, która też może być godzina?
Spojrzeli równocześnie na zegarki. Po chwii inżynier podniósł oczy na towarzysza i spotkał się z jego spojrzeniem mówiącem to samo.
Nic odczytać nie mogę. Godziny zlały się w czarną, falistą linię...
Po której wskazówki przesuwają się błędnym, nic nie mówiącym ruchem.
— Fale trwania przelewające się jedna w drugą bez początku i końca...
— Zmierzch czasu...
— Patrz — pan zawołał nagle Zniesławski, wskazując ręką na przeciwległą ścianę wozu. — Widzę przez tę ścianę jednego z naszych; owego zakonnika — ascetę — pamiętasz?
— Tak. To brat Józef, karmelita. Rozmawiałem z nim. Lecz i on nas już spostrzegł; uśmiecha się i daje nam znaki. Co za paradoksalne objawy! Patrzymy przez tę deskę jak przez szkło!
— Nieprzejrzystość ciał licho wzięło z kretesem — wywnioskował inżynier.
— Zdaje się, że i z nieprzenikliwością nie lepiej — odpowiedział Ryszpans, przesiąkając przez ścianę do drugiego przedziału.