Strona:Stefan Grabiński - Demon ruchu.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Rzeczywiście — przyznał Zniesławski, idąc za jego przykładem. Tak przesiąknęli przez kilka parapetów wagonowych i w trzecim z rzędu wozie powitali brata Józefa.
Karmelita skończył przed chwilą modlitwę „poranną“ i pokrzepiony na duchu cieszył się serdecznie ze spotkania.
— Wielkie sprawy Boże! — mówił, wynosząc w górę głębokie, mgłą zadumy powleczone oczy. — Przeżywamy dziwne chwile. Otośmy wszyscy cudownie przebudzeni. Chwała Przedwiecznemu! Chodźmy połączyć się z resztą braci.
— Jesteśmy przy was — odezwało się zewsząd parę głosów i przez ściany wagonów przesunęło się 10 postaci i otoczyło rozmawiających. Byli to ludzie najrozmaitszych stanów i zawodów, w tem maszynista pociągu i 3 kobiety. Wszystkich oczy mimowoli szukały kogoś, wszyscy instynktownie wyczuwali brak jednego towarzysza.
— Jest nas 13. — przemówił szczupły, o ostrych rysach młodzieniec. — Nie widzę mistrza Wióra.
— Mistrz Wiór nie przyjdzie — rzekł, jak sen brat Józef. — Drożnika Wióra tutaj nie szukajcie. Spójżcie głębiej bracia moi, zajrzyjcie w dusze wasze. Może go znajdziecie.