Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skiemu, przeniesionemu przez telekinematograf na tę stronę oceanu, myśl jego była daleka od oskarżania rodaków o niewdzięczność.
Umysł jego poszybował w innym kierunku. Uderzyła go mianowicie granicząca ze smutkiem powaga, rozlana na twarzach Amerykan, których widział przed sobą na ekranie telekinematografu, i pojął, że ludzie ci, dalecy od niebezpieczeństwa, zagrażającego Europie, oceniali trzeźwo straszne skutki interwencji swojej. Choć więc oddali tak niezmierną przysługę cywilizacji europejskiej, to jednak nie mogli zapomnieć, kosztem jakich ofiar osiągnięto zwycięstwo.
Znicz w głębi serca odczuwał to samo. I uczucie to nurtowało w nim tak silnie, że stłumiło nawet całą radość, jaka ogarnęła go w pierwszej chwili po otrzymaniu wiadomości, że najazd azjatycki jest stanowczo i tak szybko odparty.
A im dłużej zastanawiał się nad tą stroną zwycięstwa, tem natarczywiej słyszał głos wewnętrzny wstydu i lęku.
Wszak na początku jeszcze i tej wojny, pomimo wszelkich prób zautomatyzowania jej przez najbardziej pomysłowe maszyny, zdarzały się epizody bohaterskie, chlubą okrywały się serca mężne.
A teraz cóż znaczy męstwo, odwaga, poświęcenie, gdy z odległości kilku tysięcy kilometrów mogą padać celnie straszliwe pociski, zgładzające od-