Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sądzili, że jest nie do pokonania, tymczasem cudem tylko uniknęli tchnienia, które w ich oczach powalało tysiące ludzi, ścierało wszelkie życie z ziemi!
Cóż znaczy on, którego widzą teraz śród zmieszanych chanów i nojonów, wodzów plemion, lamów nabożnych i uczonych?
Gdzież moc jego niesamowita? Gdzie moc jego lamów, skoro blady śmiertelnie zapadł się w kulbace, wypuścił z palców bułat Czingisowy, a rumak jego tratuje kopytem stal lśniącą?
Raz jeszcze nadludzkim wysiłkiem prostuje się witeź w siodle, podnosi głowę, zaschłemi wargami czerpie powietrze, spogląda obłąkanym wzrokiem dokoła.
Przemówi do swych najwierniejszych...
Lecz nie zdążyło wypaść słowo z ust pobladłych!
Gdzieś tam w górze rozległ się dźwięk przeciągły, śpiewny.
Szybko zbliża się, rośnie, rozpraszając flotę powietrzną, i nagle łoskot i trzask ogłuszający skłębia orszak Czingisowy i wydobywa wycie z piersi przerażonych zbiegów.
Stają dęba konie, kurczowo ściskają cugle skuleni jeźdźcy, a z chmury ziemi, wyrzuconej w powietrze, rozszerza się tchnienie śmiertelne.
I nie upłynęło kilka sekund, a już pełen krasy orszak, chluba Azji, z potężnym wodzem, straszliwym Czingisem pośrodku, przestał istnieć.
Kismet!

*