Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/264

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


W odstępach minutowych wylatywały ze swych łożysk — których każdy z okrętów amerykańskich posiadał po kilka — pociski złowrogie, dążąc ku wyznaczonemu sobie odcinkowi olbrzymiego frontu, i pomimo tak wielkiej odległości celu trafiały na oznaczone miejsce z dokładnością matematyczną.
Ze spokojem automatów pełnili służbę marynarze amerykańscy.
Wiedzieli dobrze, iż każde naciśnięcie guzika elektrycznego, wysyłającego pocisk w przestwór, wywoła śmierć może tysięcy ludzi, ale wiedzieli również, że powierzono im wielkie dzieło ocalenia cywilizacji europejskiej. Rozumieli odpowiedzialność, wobec której musiały zamilknąć w nich uczucia ludzkie.
I przez pół doby osłupiała Europa była niemym świadkiem tego, jedynego w dziejach świata, bombardowania.
Niemym i biernym świadkiem, gdyż armje jej otrzymały rozkaz cofnięcia się jak najdalej od ostatnich stanowisk swoich. Nawet wówczas, gdy po dwunastu godzinach bombardowanie umilkło, nie pozwolono im ruszać naprzód, a to nietylko dlatego, że Amerykanie byli pewni, iż Azjatów nie ocalą przed nowym gazem żadne maski ochronne, ale i z tego względu, że gazy, wyładowane z pocisków i pełzające jeszcze po olbrzymiem pobojowisku, zgładziłyby nierozważne od-