Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i bory, skąpane w gorących promieniach kończącego się lata.
Zgóry padają na armję cienie mrowia statków powietrznych, ochraniających ją przed napaścią i badających argusowemi oczami przestwór lazurowy i równiny ziemskie, tonące wdali pod oparami.
Ale, jak okiem sięgnąć, i przestwór, i rozciągające się w dole niziny nieme są i puste.
Armje sprzymierzone cofnęły się za Bug, nie pozostawiając po sobie nic, prócz śladów obozowisk i zgliszcz wiosek, nad któremi rozciągają się jeszcze gdzie niegdzie pasma dymów i unosi ostra woń spalenizny.
Milczą pola i łąki opustoszałe, i stawy lśniące; z ocalałych lasów idzie poszum cichy i smutny; gdzie niegdzie nad moczarami krąży czajka, kwiląc żałośnie.
Leniwie zwieszają się wtył spisy oddziałów przodowych Burjatów i Kałmuków, nahaje spoczywają w dłoniach bezczynnie, a drobne kudłate koniki kosookich jeźdźców wyciągają szyje, skubiąc trawę lub liście ocalałych krzewów.
Za nimi podąża zdaleka wrzawa tłumów coraz gęstszych, zalewających opuszczone pola i łąki, i lasy, szemrzące żalami.
Na czele tych tłumów jedzie wódz w orszaku sług najwierniejszych.
Biały, jak mleko, rumak nowoczesnego Czingisa potrząsa dumnie pięknym łbem. Cienkie w pę-