Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cinach nogi pląsają lekko, a różowe kopyta zaledwie dotykają ziemi. Gdy zaś czasami przysiada nieco, jakby do skoku, na zadzie, wówczas długi, biały ogon zamiata trawy, a srebrna, obfita grzywa faluje smugami tęczowemi w promieniach słońca.
Dumny jest z uprzęży złotej, lśniącej drogocennemi kamieniami, dumny przedewszystkiem z jeźdźca, którego dźwiga na grzbiecie.
W kulbace, okrytej aksamitem purpurowym, oparłszy na złotych strzemionach zakrzywione w nosach buty mongolskie z żółtego safjanu, siedzi nowoczesny Bicz boży, chachan Czingis, zwany już Zdobywcą świata.
Z pod złotej starożytnej misiurki, zakończonej u góry ostrym szpicem, a której czepiec, również ze złoconych kółek, opada mu na szyję i ramiona, wygląda twarz dumna, ponura.
Skośne czarne oczy zapatrzyły się wdal z pod brwi ściągniętych, nozdrza krótkiego a szerokiego nosa rozszerzają się od czasu do czasu, nabrzmiewając, jakby pod wpływem targających mózg myśli, wąskie zaś wargi poruszają się bezdźwięcznie słowami modlitwy, czy zaklęć.
Szeroka, krępa postać wodza zgarbiła się nieco, to też okrywający ją lśniący chałat ze złotogłowiu, ściągnięty w biodrach niebieskim pasem jedwabnym, sięga mu nieledwie do kostek. Lewą rękę, dzierżącą cugle, oparł niedbale na łęku kulbaki, a prawą opuścił wzdłuż biodra. Na średnim jej