Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wysokości niedostępne dla oka ludzkiego, a jednak posiadały wzrok tak bystry, jak sęp, bujający w przestworzu.
Jeżeli jednak doniosłość pocisków amerykańskich wywołała w Europie osłupienie, to znów działalność niszczycielska gazu w nich zawartego wstrząsnęła dreszczem przerażenia i zgrozy świat cały.
I wówczas dopiero zrozumiano, dlaczego Ameryka wzdragała się tak długo użyć swych środków bojowych i dlaczego wystarczyło trzynaście okrętów dla zniweczenia frontu azjatyckiego.
Czemże bowiem były owe osławione, a tak oburzające ludzkość podczas wielkiej wojny, gazy, wywołujące łzawienie, kichanie i duszenie, owe yperyty, fosgeny, chloropikryny, luizyty i im podobne trucizny lotne wobec gazu, wydobywającego się z nowych pocisków, gdy pękały, uderzywszy o ziemię? Gazu, nieznanego jeszcze zupełnie, a przeciwko któremu nie miano czasu wynaleźć środków zapobiegawczych.

*

Nizinami nadbużańskiemi ciągnie wielka armja.
Tłumy jezdne i piesze dążą na zachód, napełniając wrzawą okrutną: brzękiem oręża i tupotem kopyt końskich, głuchym łoskotem dział i czołgów, wyciem i śpiewami, smętne równiny